Laos czy nie Laos...

Z Laosem to byla dziwna historia.... Jeszcze przed wyjazdem z Polski zasiegnelam rady obiezyswiatow: Marty i Bartka (jesli ich jeszcze nie znacie polecam blog: www.byledalej.waw.pl). Generalnie odnosnie tego, co warto zrobic, dostaje jedna rade: KONIECZNE DO LAOSU. OK, zapamietalam. Dzieki! Skoro ze wszystkiego, co mozna zobaczyc, doradzaja pewnym tonem  Laos, to znaczy ze warto! Plan na Laos byl ogolny: na skuterach. Ale...

w miedzyczasie, po drodze w roznych krajach spotykam zlych ludzi, ktorzy twierdza:
- ze Laos jest strasznie drogi,
- ze oszukuja, ze zdzieraja
- ze nudno i nic sie nie dzieje
- ze ludzie nieprzyjazni

Jak uslyszalam to ostatnie to stwierdzilam, ze cos z tymi napotkanymi podroznymi jest nie tak... to wbrew wszystkiemu, co do tej pory o Laosie czytalam...
Wracam wiec z pytanem do Marty i Bartaka - o co chodzi z tym Laosem? Odpowiedz: Jechac! Plus argumenty, ktore akurat do nnie przemawiaja :) Kupujemy wiec bilety na nocny pociag z Bangkoku do Vientianu i jedziemy sypialnym przez noc.

Zaczynamy od tego, co Robaczki lubia najbardziej: rowerow. I zwiedzamy Vientiane. Hmm... to najspokojniejsza stolica, jaka w zyciu widzialam... Rzeczywiscie nie dzieje sie nic.... Alez czy to nie jest piekne?








































































































































































































































































Etykiety: | edit post
0 Responses

Prześlij komentarz