Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty

Laosowy epilog

Żal wracać do Vientianu, jeszcze byłoby miło trochę się na tych motorach pokręcić tu i tam, pooddychać atmosferą laotańską, ponicnierobić, popatrzeć w niebo, podjeść jeszcze trochę smażonego ryżu i zupy makaronowej :) Mamy jednak pewne wiążące terminy (koniec urlopu...).

W drodze powrotnej zepsuł nam się jeden motor, coś huczało stukało i na szczęście nie rozwaliło się do końca, zdążyliśmy dojechać do tzw "autoryzowanego serwisu". W takich sytuacjach docenia się fakt posiadania ubezpieczenia na motor :) Całe to zdarzenie opóźniło nas jeszcze bardziej.

Aby ominąć główną drogę zjeżdżamy na jakieś boczne, trochę kluczymy, ale przynajmniej ciężarówki nie oddychają nam w nos. Jedziemy przed siebie! No chyba, że droga się właśnie kończy na brzegu jakiegoś rozlewiska a prom właśnie opuścił brzeg :)























Dalej zdarzyło się coś, co raczej nie miało by miejscać się w Europie... Prom zawrócił, aby przyjąć nas na pokład. Yupi!











































Ostatnie laotańskie cudne widoki:





















Niektórzy są już bardzo zmęczeni... a jeszcze ze 100km drogi...





















Mimo zmęczenia bardzo trudne jest pożegnanie z motorami. Tyle razem przejechaliśmy, tyle dzięki nim doświadczyliśmy. Żegnajcie motory! Żegnaj Laosie!
Etykiety: 0 komentarze | | edit post

Dolina Dzbanów

Dolina Dzbanów to po Luang Prabank najsłynniejsze chyba miejsce w Laosie. Rozciąga się w okolicach małego miasteczka Phonsavan. Kamienne dzbany o przeróżnych rozmiarach i nieznanym pochodzeniu znajdują się w około 12 lokalizacjach, z czego w zasadzie 3 są wystarczająco ciekawe. Dla nieamatorów kamiennych zagadek wizyta w jednym miejscu w zupełności wystarczy.

Do dziś nie ustalono ile lat mają dzbany (przypuszcza się, że około 2000), ani do czego służyły. Odnośnie ich przeznaczenia są oczywiście różne hipotezy. Mogły bowiem służyć jako sarkofagi, naczynia do fermentacji wina, bądź przechowywania ryżu. A może służyły jakimś tajnym i zapomnianym dziś rytuałom? Kto wie!

Lata wojny w Laosie nie sprzyjały pracom archeologów. Po wojnie czekało ich nie lada wyzwanie - rozminowanie terenu. Dla zwiedzających przygotowano bezpieczne ścieżki oraz ostrzeżenia, by się tych ścieżek trzymać! Teren poza nimi może być wciąż jeszcze zaminowany...

Taka tablica informacyjna powitała nas rano (należy stąpać pomiędzy czerwono-białymi znakami):
A to owoce rozminowania tereneu zgromadzone w naszym hoteliku:





















O! i jest lej po bombie...
Dolina jest przepiękna a widoki conajmniej tajemnicze...
Niektóre dzbany były naprawdę spore:
Tego dnia jednak to nie dzbany zaprzątają nam głowy, ale znów droga... Z Phonsavan musimy już niestety szybko wracać do Vientianu (zostały nam tylko 2 dni). Bardzo nie chcemy jednak powtarzać trasy - powrót główną drogą oznacza powórzenie blisko 250km trasy, którą wyjeżdżaliśmy z Vientianu, buu...

Marzy nam się jakaś mocna przygoda, offroad! Na mapie jest pewna droga prowadząca przez Long Cheng, oznaczona jednak jako trasa nie zawsze dostępna... Dlaczego? No cóż kiedyś była tam baza CIA, teraz laotańska baza wojskowa. W przewodniku znaleźliśmy nawet opis przygody motorowej - dwóch śmiałków próbowało przejechać tę trasę z drugiej strony - od Vang Vieng i... pocałowali klamkę. Pytamy w agencjach, czy droga jest otwarta, pytamy w informacji turystycznej, oraz napotkanych ludzi. Nikt nic nie wie. Dlaczego? Ano dlatego, że nikt tam nie jeździ, bo przecież przejazdu nie ma...

Postanawiamy jednak to sprawdzić. W najgorszym wypadku zawrócą nas wojskowi i nadrobimy 120km jadąc tam i wracając. Po 20km dostajemy jednak wiarygodną informację na stacji benzynowej, że przejazdu przez bazę nie ma. A to pech! A miało być tak fajnie! Próbujemy zatem kolejną drogę, o któej stanie nic nie wiadomo. Chcemy się przedostać do Xaysomboune a potem dalej w dół aż do Vientianu.

Trasa jednak przewyższyła możliwości naszych motorów:





















Niektórzy próbowali swoich sił, aby przedostać się do kolejnej wioski. Całą trasę były w stanie przejechać tylko mega wielkie ciężarówy, o mega wielkich kołach. No i prawdziwe dirt bike, których nie mieliśmy... No cóż za parę lat może spróbujemy ponownie :)
Etykiety: 1 komentarze | | edit post

Vieng Thong

Rano, w świetle słońca, okazuje się, że dotarliśmy do niezwykle malowniczego zakątka. Udajemy się zatem na miły spacer i obserwujemy codzienne życie mieszkańców miasteczka.









































































































































































































































Romantyzm w wydaniu laotańskiego chłopca:
































Komu w drogę temu... choć można by tu parę dni spędzić, wybrać się na treking, pobuszować po lesie. Droga jednak za bardzo nas wciąga... Za kilka dni mamy też kolejny lot, staramy się go nie przegapić :) A po drodze kolejne piękne widoki, piękny kraj...



































Etykiety: 0 komentarze | | edit post

Życie przy drodze

Dalej mkniemy dużo mniej uczęszczanymi trasami, mamy jakieś punkty zaznaczone na mapie, ale Lonely Planet o nich nie słyszało, jedziemy zatem przed siebie i cieszymy się, że mamy czas. A dokąd zajedziemy to się dopiero okaże :)


Jednego dnia złapał nas deszcz, akurat nad talerzem zupy nudlowej. W dalszą drogę ruszyliśmy o zmierzchu, a tu hosteli, hoteli, czy noclegowni ni widu, ni słychu... Jedziemy dalej, nie wiemy dokąd, ale przecież jest tylko jedna asfaltowa droga, na pewno nie zabłądzimy :) W końcu życzliwy Laotańczyk podprowadza nas do oświetlonego mostu "Tam po drugiej stronie jest mnóstwo hosteli" i znika w ciemnościach nocy. Przejeżdżamy przez most i są hostele, ba! domki z bambusa. Przebierać i wybierać można! Jeździmy po wiosce w te i wewte robiąc głośne "brum brum". W końcu decydujemy się na absolutnie nowy i śliczny domek z baldachimowym łożem i łazienką za całe 5$. Pycha! Szybki prysznic i wyskakujemy do baru na Beer Lao. Siadamy, zamawiamy i dopiero wtedy orientujemy się, że... się nie orientujemy...

"Chłopaki, a gdzie my w ogóle jesteśmy?"
"A to Wy na tych motorach, brum brum?"
"To my, tak jakoś jechaliśmy przed siebie i pojęcia nie mamy dokąd dojechaliśmy :)"
"Witamy w Vieng Thong!"

Miło tak zagubić się w czasie i przestrzeni.... Zwłaszcza, że droga nas wciąga, a na drodze zwykłe wiejskie życie. Praca, jedzenie, mycie, sprzątanie... Jesteśmy witani uśmiechem, dzieci energicznie machają do nas, krzyczą: "hello!"  Kolejnym miłym akcentem jest to, że bar z zupą nudlową można znaleźć nawet w tak małych miejscowościach.  











































































































































































































































































































































A zaupa nudlowa powstaje tak:
































A klimat ulicznych nudlowni możecie uchwycić tu:










































Etykiety: 0 komentarze | | edit post